Okres stanu wojennego. Podziemie walczące ulotkami, więzienia i przesłuchania, agenci itd. Proste sprawy, zdarte buty, kartki i kolejki. I z pamięci wyskoczyło - kobiety w ciąży obsługiwane poza kolejnością, i nienawistne spojrzenia, i bluźniercze słowa. Już tego nie ma. Warte to każdej ceny. Tak, jest lepiej. Jest wspaniale!!!
Który to już raz czytam ten fragment...
"Ryk lęgnie się pod sufitami; wagony wypluwają watahy rezerwistów o zbielałych od wódki oczach; przewalają się, wczepieni w siebie, ogłupiali pozorem wolności i pokrwawieni w licznych bójkach; migoczą pstrokate chusty z wypisanymi datami, numerami jednostek i nazwami miejscowości; obawa przymyka oko patrolu, który niewidzialny sznurek przeciąga wzdłuż peronów; szedł do cywila, niejedna duuuupa płakałaaaaa, niesie się wycie; z rezerwistami, którzy już wypełnili swe zaszczytne grudniowe zadania, mieszają się grupy ogłupiałych od wódki poborowych; nie widzącymi oczyma próbują wypatrzyć swoje pociągi, które powiozą ich ku nowym rolom i zadaniom. Przyjedź mamo na przysięgę, zaproszenie wysłał szef, dziś mi granat urwał rękę, przyjedź, zobacz, twoja krew; ryczą pijane gardła; jakiś pociąg rusza, poborowy zwisa z okna, a smuga wymiocin faluje wzdłuż ściany wagonu jak błękitny welon; pijana dziewczyna rzuca się za tym welonem ze skowytem, gna, migotają sine łydy; ona wpada na słup trakcyjny i osuwa się po nim, zostawiając na betonie smugę łez, smarków i krwi..."
piątek, 15 maja 2009
środa, 13 maja 2009
Teatr Łaźnia Nowa w Krakowie - Wszystkie rodzaje śmierci
Na podstawie "Siddharthy" Hermanna Hesse.
Miejsce miałem fantastyczne - dwa metry od aktorów, a sama scena została zrównana z widownią. Już na samym początku owładnęły mną obawy "jak niewiele zrozumiem z tej sztuki". Lekarz z dylematami. Polacy na wczasach w Indiach. Afirmacja pustki. A wszystko położone na dalekowschodniej filozofii
Dialogi typu -
"- A jeśli tam nic nie ma?
- To jest tam pusto.
- Czy jeśli poznam prawdę o tym, znajdę sens?
- To twoja droga, ja mogę Cię jedynie z niej wyprowadzić"
itd. Sam mogę takie farmazony wypisywać, a końcowe
"- A jeśli chciałbym zostać Bogiem?
- Możesz, to twoja decyzja.
- Tak, chcę."
I choć to słowa lekarza, który ma podejmować decyzje o ludzkim życiu lub śmierci nie zmienia to faktu, że jest to klasyka myśl nurtu new age (na którą byłem gotów). Moje przekonania nie są tu istotne, a takie sekwencje to jedynie banalny przemyt ideologiczny. Nie zrobił on na mnie wielkiego wrażenia. Realizacja, ona mnie pochłonęła. Nie tylko gra aktorska decyduje o jakości tego przedstawienia. Dużo pracy przy dźwięku, bardzo dużo przy wizualizacji zsynchronizowanej z sytuacją na scenie. I gra świateł. I... były sytuacje, że od tego przepychu informacji wysyłanych ze sceny coś gubiłem, coś umykało. Patrzę na aktorów, skupiam się nad sensem wypowiadanych przez nich słów, a tymczasem wyświetlany jest na ekranie w dość szybkim tempie tekst tłumaczący niektóre sytuacje. Coś kosztem czegoś. Pierwszeństwo ma aktor.
Tyle na gorąco;)
Miejsce miałem fantastyczne - dwa metry od aktorów, a sama scena została zrównana z widownią. Już na samym początku owładnęły mną obawy "jak niewiele zrozumiem z tej sztuki". Lekarz z dylematami. Polacy na wczasach w Indiach. Afirmacja pustki. A wszystko położone na dalekowschodniej filozofii
Dialogi typu -
"- A jeśli tam nic nie ma?
- To jest tam pusto.
- Czy jeśli poznam prawdę o tym, znajdę sens?
- To twoja droga, ja mogę Cię jedynie z niej wyprowadzić"
itd. Sam mogę takie farmazony wypisywać, a końcowe
"- A jeśli chciałbym zostać Bogiem?
- Możesz, to twoja decyzja.
- Tak, chcę."
I choć to słowa lekarza, który ma podejmować decyzje o ludzkim życiu lub śmierci nie zmienia to faktu, że jest to klasyka myśl nurtu new age (na którą byłem gotów). Moje przekonania nie są tu istotne, a takie sekwencje to jedynie banalny przemyt ideologiczny. Nie zrobił on na mnie wielkiego wrażenia. Realizacja, ona mnie pochłonęła. Nie tylko gra aktorska decyduje o jakości tego przedstawienia. Dużo pracy przy dźwięku, bardzo dużo przy wizualizacji zsynchronizowanej z sytuacją na scenie. I gra świateł. I... były sytuacje, że od tego przepychu informacji wysyłanych ze sceny coś gubiłem, coś umykało. Patrzę na aktorów, skupiam się nad sensem wypowiadanych przez nich słów, a tymczasem wyświetlany jest na ekranie w dość szybkim tempie tekst tłumaczący niektóre sytuacje. Coś kosztem czegoś. Pierwszeństwo ma aktor.
Tyle na gorąco;)
Wodzirej. Koszalin Kulturkampf
Kolejne przedstawienie konkursowe przygotowane przez Bałtycki Teatr Dramatyczny im Juliusza Słowackiego w Koszalinie. Pomysł inspirowany filmem czego twórcy nie kryją. Gra aktorska dobra chociaż Laboratorium nie przebili. Niekonwencjonalnie zrealizowane przedstawienie (chociaż teraz te wszystkie "normalne" są raczej w mniejszości). Wychodzą z publiczności, gdyż wśród niej rozpoczynają pierwsze dialogi. To doskonały łącznik dla dalszego ciągu. Pozwala to śmiać się kiedy się chce a nie kiedy jest "na pewno" śmiesznie, klaskać kiedy się ma na to ochotę lub kiedy widać, że aktorów to wspomaga. Rozmowy z publicznością w zupełnie lightowej konwencji typu "ale macie Arkę Gdynia" lub "gdzie wyskoczyć wieczorem w Gdyni żeby się zabawić?". A gdy rolling stonsi pomorza, magicy piosenki, (...) czyli Marek i Jurek wyszli na scenę i zaczęli śpiewać "Your My Heart, Your My Soul" mało kto nie ryknął ze śmiechu po czym widziałem jak dziewczęta w rzędzie przede mną tańczyły na ile nie ograniczała je przestrzeń. Dużo, dużo humoru a temat niewesoły - parcie na sukces nie licząc się z nikim. Ofiarami są ci co kiedyś wspinali się tym samym sposobem, są jednak i ci co dali dach nad głową, co nakarmili. Wszystko jednak na wesoło. To humorystyczne przedstawienie mnie przekonało. Temat aktualny, czytelny, PRAWDZIWY, bez parcia na "szok";))) Świata nie zmienimy, a że świnie są wśród nas - konfrontacja nieunikniona ... pozostaje uważać by ich smrodem się nie zarazić;)
Laboratorium Dramatu z Warszawy - Przylgniecie ... dybuka
"Pierwszt wieczór konkursowy RAPORTU wieńczyła prezentacja Laboratorium Dramatu z Warszawy. Spektakl Aldony Figury pod tytułem „Przylgniecie” to historia Pytona, małomiasteczkowego gangstera, który postanowił zerwać ze światem przestępczym. Pragnie ustabilizować się, ożenić. Otwiera więc legalny komis samochodowy na nielegalnie zdobytym gruncie. W dniu ślubu Pyton odnajduje historię sprzed lat, która zatruwa miasto i determinuje losy jego mieszkańców. Przedstawienie powstało na podstawie sztuki Piotra Rowickiego."
Relacja/recenzja z http://www.teatry.art.pl/n/czytaj/10713
Ja tylko utrwalę ku potomnym, że gra aktorska zrobiła na mnie wrażenie.
Treść, no cóż...
Relacja/recenzja z http://www.teatry.art.pl/n/czytaj/10713
Ja tylko utrwalę ku potomnym, że gra aktorska zrobiła na mnie wrażenie.
Treść, no cóż...
Antonio Agostinho Neto - Wujek z Luandy
"Zaprezentowany w plenerze spektakl poruszał tematykę rasizmu. To opowieść o przeniesieniu i powołania miasta Waldenburg/Wałbrzych na wschodnim Pacyfiku. Historia o pełnej bohaterskich czynów budowie nowego świata. Świata wspanialszego, pełniejszego. „Rozporządzenie o powołaniu miasta Waldenburg/Wałbrzych na wschodnim Pacyfiku albo krócej: Wujek z Luandy” to trzecia część tzw. Trylogii Goebbelsowskiej oraz trzecia część cyklu Wałbrzyskiego. Spektakl przygotował zespół ze Sceny Witkacego we Wrocławiu pod dyrekcją Sebastiana Majewskiego."
Tak wygląda recenzja/relacja zamieszczona w Dzienniku Teatralnym;))) O wiele bardziej płytka niż sama sztuka.
http://www.teatry.art.pl/n/czytaj/10713
Tak wygląda recenzja/relacja zamieszczona w Dzienniku Teatralnym;))) O wiele bardziej płytka niż sama sztuka.
http://www.teatry.art.pl/n/czytaj/10713
poniedziałek, 11 maja 2009
Siergiej Łukjanienko - Genom

"— Rzuć buldoga — zażądał agent. — W przeciwnym razie zabiję i ciebie, i dziewczynkę.
Chyba Sherlock Holmes realnie ocenił swoje umiejętności bojowe, bo rozluźnił dłoń i pistolet policyjny z grubą lufą upadł na podłogę. W ciszy, jaka zapadła, wyraźnie było słychać szelest żuczka–sprzątacza, który wybiegł z kąta, żeby obmacać przedmiot. Widocznie jednak pistolet nie mieścił się w kategorii „śmieci”, bo żuczek oddalił się rozczarowany."
Nazwisko autora sprowokowało by wziąć tę książkę do "ręki", a gdy na ostatnich kartkach dostrzegłem Holmesa i Watsona wszystko było jasne. Oczekiwałem jednak czegoś innego. Powieść składa się z trzech oddzielnych części. Każda inna. Pierwsza - przygotowania, niezmiernie ciekawa. Łyknąłem ją jednym tchem, szczęśliwy jakie super s-f. Druga - wyprawa, spowolniła. Dodane motywy z romansów, a główna idea każdy z każdym wcale nie uatrakcyjniła fabuły. Ale naprawdę słaba była część trzecia, kryminał, gdzie pojawiła się sławetna para detektywów. Myślę, że z tej konwencji beletrystyki autor powinien zrezygnować. Połowę rozdziału zajęło śledztwo, a drugą "zapraszam wszystkich do salonu na rozwiązanie zagadki". To ciut za długo,i chyba jednak czytelnik był bez szans by samemu rozwikłać tajemnicę przestępstwa. A wszystko to zwiększone objętościowo wywodami o treści społecznej. Jest jednak i to nie tylko w pierwszej części tej powieści co Łukjanienko potrafi, czym uciekawia swe książki - inne przestrzenie przebywania (w patrolach np. zmrok), obdarowywanie ludzi niezwykła umiejętnością (tu postacie spechydraulik, specgejsza itp) czy "banalna", i często nie pozbawiona humoru wyobraźnia...
"Jak łatwo się domyślić, paczka zawierała przedmiot dumy Nowej Ukrainy — kawałek świeżej słoniny.
— Odcinają ją ze świń wprost na pastwisku — wyjaśniła Kim, ciągle pod wrażeniem tego, co zobaczyła. — Ale świnki nic nie czują, na drugi dzień skóra się goi i świnia znowu ma tłuszczyk. O, spróbuj, już wędzona. Gdy warstwa słoniny osiąga grubość pół metra, świnki zaczynają wydzielać specjalne substancje… Super, nie?
Alex wyjął z kieszeni nóż, odciął kawałeczek, zjadł i skinął głową.
— Super. Bardzo smaczne. Aromat zielonych jabłek, prawda?
Kim skinęła głową. Morrison, który stał za jej plecami, skrzywił się:
— Aromat… Za to na pastwiskach aromat, uchowaj Boże! Taki słoninowy mamut leci przez step, wyżera wszystko do czysta i, za przeproszeniem, bez przerwy paskudzi!
— To naturalny proces — odparowała Kim.
— Zgadzam się, ale bynajmniej nie aromatyczny. Dlaczego nie hodują mięsa i słoniny w pojemnikach, jak na każdej przyzwoitej planecie?"
niedziela, 10 maja 2009
Janusz Anderman - Tymczasem
"A staruszka pchała teraz z mozołem rozkolebany wózek; jej kruche plecki oblekał brązowy płaszcz, obsypany gruzełkami i zgrubieniami, jakby był skrojony z kosztownej czesuczy... a ona patrzyła chciwie na barwne okładki i zatrzymała się na chwilę, by złowić oddech i jeszcze okryła te książki strzępem kocyka...
A gdy strażnicy przemysłowi zdawali już broń na wartowni, ona siedziała na taborecie, oparta ramieniem o wózek i sięgała po książki i gładziła grzbiety, jakby chciała ożywić zamierzchłe lata, a potem wsuwała te książki w czeluść zakrzepłego pieca i niecierpliwie dotykała kafli, po których znów zaczynały się osypywać płatki ciepła..."
Niewielki zbiór opowiadań. Sięgnąłem po niego gdyż na RAPORCIE będzie wystawiana sztuka w oparciu o twórczość Andermana. To zawsze zwiększa szansę zrozumienia, gdzie w zaciszu przyciemnionego pokoju jesteśmy sam na sam z przekazem autora, gdzie zawsze gdy zabraknie nam skupienia lub cierpliwości możemy się cofnąć lub odłożyć na chwilę książkę, gdzie czasu na zadumę i refleksję mamy pod dostatkiem. Jakieś przeczucie mnie tym razem tknęło. I chyba dobrze. Na spektaklu powinno być łatwiej, mniej boleśnie. Być może transkrypcja tekstów na dramat spowoduje, że będą czytelniejszy w odbiorze. Na pewno nie ubarwi jednak tego mrocznego obrazu życia, Rumunów, bezdomnych z Dworca Centralnego.
"A przez halę dworcową biegnie kobieta z rozkwitłą na ustach piwonią krwi, ma nie widzące oczy i ręce szeroko rozwarte i biegnąc wpada na choinkę, a choinka z mrugającymi gorzko żarówkami chwieje się niebezpiecznie i pada; światło żarówek pęka z hukiem, a czekający ludzie zaciskają odruchowo powieki, by uchronić oczy przed szklistą zawieruchą; kobieta nawet tego nie zauważa i biegnie lekko do drzwi wyjściowych i krzyczy ze szczęścia:
- Za mniłość dostałam! Za mniłość! Wszędzie bym za nim poszła! Nawet w ślad!
I pochłania ją mrok świata i deszcze."
Wciąż mam w pamięci pewną kobietę z Dworca Wschodniego, która kiedyś podeszłą do mnie i poprosiła o 50 gr bo jak powiedziała, tyle jej brakowało na papierosy. Jakoś było mi wstyd dać jej takie grosze. Dałem 5 złotych. Tyle kosztowała cała paczka LM czy Goldenów. Odpowiedziała, że za dużo, że tyle nie potrzebuje. Czy ta kobieta to nie był przykład łysiakowej romantyczności?
A gdy strażnicy przemysłowi zdawali już broń na wartowni, ona siedziała na taborecie, oparta ramieniem o wózek i sięgała po książki i gładziła grzbiety, jakby chciała ożywić zamierzchłe lata, a potem wsuwała te książki w czeluść zakrzepłego pieca i niecierpliwie dotykała kafli, po których znów zaczynały się osypywać płatki ciepła..."
Niewielki zbiór opowiadań. Sięgnąłem po niego gdyż na RAPORCIE będzie wystawiana sztuka w oparciu o twórczość Andermana. To zawsze zwiększa szansę zrozumienia, gdzie w zaciszu przyciemnionego pokoju jesteśmy sam na sam z przekazem autora, gdzie zawsze gdy zabraknie nam skupienia lub cierpliwości możemy się cofnąć lub odłożyć na chwilę książkę, gdzie czasu na zadumę i refleksję mamy pod dostatkiem. Jakieś przeczucie mnie tym razem tknęło. I chyba dobrze. Na spektaklu powinno być łatwiej, mniej boleśnie. Być może transkrypcja tekstów na dramat spowoduje, że będą czytelniejszy w odbiorze. Na pewno nie ubarwi jednak tego mrocznego obrazu życia, Rumunów, bezdomnych z Dworca Centralnego.
"A przez halę dworcową biegnie kobieta z rozkwitłą na ustach piwonią krwi, ma nie widzące oczy i ręce szeroko rozwarte i biegnąc wpada na choinkę, a choinka z mrugającymi gorzko żarówkami chwieje się niebezpiecznie i pada; światło żarówek pęka z hukiem, a czekający ludzie zaciskają odruchowo powieki, by uchronić oczy przed szklistą zawieruchą; kobieta nawet tego nie zauważa i biegnie lekko do drzwi wyjściowych i krzyczy ze szczęścia:
- Za mniłość dostałam! Za mniłość! Wszędzie bym za nim poszła! Nawet w ślad!
I pochłania ją mrok świata i deszcze."
Wciąż mam w pamięci pewną kobietę z Dworca Wschodniego, która kiedyś podeszłą do mnie i poprosiła o 50 gr bo jak powiedziała, tyle jej brakowało na papierosy. Jakoś było mi wstyd dać jej takie grosze. Dałem 5 złotych. Tyle kosztowała cała paczka LM czy Goldenów. Odpowiedziała, że za dużo, że tyle nie potrzebuje. Czy ta kobieta to nie był przykład łysiakowej romantyczności?
piątek, 8 maja 2009
Performance Zbigniewa Warpechowskiego

Klub "Ucho" pomimo darmowego wstępu (nie licząc zbiórki do puszki) nie pękał w szwach, a i tak znaczną częścią widowni byli aktorzy i pracownicy teatru;). To, że nie byłem przygotowany na taką akcję to oczywiste, takie było zapewne główne założenie. Najpierw pokaz z kliszy. Pokaźną część filmu zabrała gra na rogu (jeden z kierowników teatru w trakcie przerwy na papieroska, ja nie;), wspomniał dość ironicznie, że weźmie sobie lekcje gdy na tym instrumencie). Nie wiem czemu, ale w trakcie przeciągającej się gry na rogu usłyszałem deklamowane na jednym z wieczorków poetyckich "jeden, dwa, trzy, cztery /stop klatka/ sto czterdzieści jeden, sto czterdzieści dwa /stop klatka/ trzy tysiące dwieście osiemnaście, trzy tysiące dwieście..." Moje mentalne przygotowanie do odbioru tej twórczości być może artystycznej było całkowicie chybione. To co rodziło się w mojej głowie w trakcie oglądania tego "czegoś" było tak montypythonowskie, że aż mi wstyd. Artysta interpretując wstępnie to co potem zostało nam wyświetlone, dał klucz jak rozwiązywać te jego kalambury. Spoglądanie na świat przez prezerwatywę jest genialne i boleśnie prawdziwe. Pomyślałem sobie "masz mnie gościu, jesteś niezły". Jego fascynacja Tablicami Świętego Przymierza ma właściwe korzenie (jak żyć, a nie co nas ogranicza). To jednak było proste, częściowo sam wyjaśnił, a częściowo oczywiste ideowo. To co powstało na żywo jest absolutnie moim spojrzeniem (na rozmowie z artystą już nie zostałem). Żebracze pieniądze położone na te atrapy Tablic z przykazaniami. Może żebracze, choć raczej od biednych - prostych ludzi, przecież tylko oni dają jałmurznę. Wartości możesz kupić, ich stosunek względem Ciebie (tu można temat rozwijać) a obciążyć zapłatą tych najsłabszych. Takie są realia obecnego świata. Co miały symbolizować cukierki - może słodycz grzechu a może jak cudownie przestrzegać przykazań??? Lizanie (?) to chyba symboliczne czyszczenie, powolne naprawianie ludzkich umysłów, a lakierowanie - czy na pewno tak bezpośrednio? A gdy Warpechowskiego zaczął kręcić się wokół własnej osi z na przemian zmienianym palcem skierowanym ku górze w mojej głowie kierownictwo Ministerstwa Zwariowanych Kroków całkowicie przejęło kontrolę nad mymi myślami i jechali jak jury z Idola składające się z czterech Wojewódzkich.
Czy żałuję, że przyszedłem na to zdarzenie artystyczne. Absolutnie nie. Czy coś więcej zrozumiałem. Nawet tego nie jestem pewmy co podejrzewam, że zrozumiałem. Jeśli mam być szczery zalęgła się w mej głowie dość szybko i pozostało do końca pewna myśl "czy ktoś tu ze mnie nie robi wała?", by na koniec powiedzieć "koniec i bomba, a kto widział ten trąba";)
ps Siedże nad tym wpisem wciąż myśląc. Nie, niczego nie zmienię w sensie treści, taki był mój odbiór. Może kiedyś się go będę wstydził. Już zaczynam;). Prześpię się z tym i jutro zapewne dostrzegę coś więcej. Może opadnie mi nawet szczęka jeśli dostanę oświecenia. Podniosę ją, wsunę na miejsce i następnym razem wybiorę się na kolejny performance;) A ironia, która mnie przesiąkła to wątpliwości czy to autentyczne czy chałturnicze, to zarazem obrona przed czymś co wykracza poza mój świat sztuki.
ewentualny link by szukać pomocy;)))
http://www.culture.pl/pl/culture/artykuly/os_warpechowski_zbigniew
czwartek, 7 maja 2009
Kurt Vonnegut - Rzeźnia numer pięć

"Billy leżał nieprzytomny w szpitalu w Vermont po katastrofie samolotu. Walencja zaś, dowiedziawszy się o wypadku, jechała z Ilium rodzinnym Cadillakiem El Dorado Coupe de Ville. Walencja była bliska histerii, gdyż powiedziano jej otwarcie, że Billy może umrzeć, a jeśli przeżyje, to będzie całkowitym kretynem.
Walencja uwielbiała Billy'ego. Tak płakała i zawodziła za kierownicą, że przegapiła właściwy zjazd z autostrady. Wcisnęła hamulce ze wspomaganiem i z tyłu wpakował się na nią Mercedes. Nikt nie został, Bogu dzięki, ranny, gdyż kierowcy obu wozów mieli pasy bezpieczeństwa. Bogu dzięki, dzięki Bogu. Mercedes stracił tylko reflektor, ale na widok tyłu Cadillaka specjalista od karoserii mógł dostać orgazmu. Bagażnik i błotniki zostały wgniecione do środka. Bagażnik otworzył gębę jak wiejski przygłupek, który właśnie wyjaśnia, że nic nie wie. Błotniki wzruszyły ramionami. Zderzak zrobił na ramię broń."
Takimi lub podobnymi opisami jest naszpikowana w całości ta powieść. Jest ona z założenia antywojenna, taki "Paragraf 22" gdzie s-f miesza się z autentycznymi wydarzeniami. Teoretycznie nagannym byłoby śmiać się z tego, przecież obozy, miliony ofiar. ale ...
"Billy zajrzał do latryny. To stamtąd dochodziły jęki. Roiło się tam od Amerykanów ze spuszczonymi spodniami. Przyjęcie powitalne wywarło na nich wstrząsające wrażenie. Kubły były przepełnione, inne poprzewracane.
Siedzący najbliżej Billy'ego Amerykanin jęczał, że wysrał już z siebie wszystko oprócz mózgu. Po chwili dodał:
– O, teraz idzie. – Miał na myśli swój mózg.
To był autor tej książki. To byłem ja."
gdy tak pisze o sobie, to i sytuacja z obozu nie potrafi wywołać szczerego smutku tylko niepohamowany uśmiech;)
"Nadzy Amerykanie stanęli pod prysznicami wzdłuż wyłożonej kafelkami ściany. Nie było żadnych kurków. Mogli tylko czekać cierpliwie na to, co się wydarzy. Penisy skurczyły im się z zimna. Czynności rozrodcze nie były przewidziane w programie wieczoru."
lub takie kuksańce
"Była głupia, ale stanowiła nieprawdopodobną zachętę do robienia dzieci."
Na pewno książka ta trafia na moją listę lektur obowiązkowych. Na pewno to nie są najlepsze cytaty, ale "kompromisowe" - dość krótkie i jednocześnie by były zrozumiałe poza kontekstem. Ale jak wiele kryje się pod tą często błazenadą słowną, skoro natrafiamy na coś pozornie z innej książki -
"- Boże, daj mi pogodę ducha, abym
godził się z tym, czego zmienić nie mogę,
odwagę, abym zmieniał to, co zmienić mogę,
i mądrość, abym zawsze potrafił
odróżnić jedno od drugiego."
ps wspominałem coś o s-f - podróże w czasie, porwanie przez kosmitów, "big brother" w kosmosie;)
Straszne skutki awarii telewizora - Ecce homo Homolka (1969)

Czeski film, może lepiej czeska realizacja;) Niby komedia, ale "właściwie nic śmiesznego". Wszystko zaczyna się od letniej rodzinnej sielanki w lesie. Jakaś sobota lub niedziela. I w pewnym momencie ktoś wzywa pomocy, i na wyjeździe z lasu robi się straszny zator, tłumy zaczynają panicznie uciekać. Satyra na znieczulicę? Takie mam wrażenie. Reszta filmu, oprócz pewnego epizodu (zresztą zbędnego) dotyczy jednej rodziny. Dziadkowie, małżeństwo i dzieci. Czy dla syna ważniejsza matka czy żona, czy dla wnuczków dziadek czy babcia. Kto kogo się boi (paranoja;) ) i modelowy przykład zachowań dziadków ("aleśmy tatę wyrolowali" mówi dziadek do maluchów, a potem zdziwienie, że tak trudno wychowywać i utrzymać dyscyplinę;) ). Jednak motywem przewodnim są drzwi. Raz ktoś zostaje zamknięty "za karę", potem ten ktoś zamyka w odwecie, ktoś inny się zamyka by uciec przed zgiełkiem, dzieci się zamykają bo jeszcze nie były zamknięte (czeski film;) ). I w końcu ktoś pod koniec wypowiada - "niech wreszcie naprawią ten telewizor bo do reszty zwariujemy", a inny "gdyby był sprawny, nie mielibyśmy tego". Żałosne i przerażająco prawdziwe.
środa, 6 maja 2009
Neil Gaiman - Koralina

"Koralina" to właściwie Gaiman w pigułce. To jest cała esencja jego twórczości, tu kumulują się wszystkie jego motywy-klucze. Konwencja bajki i horroru, lustro i jego druga strona, rzeczywistość, a obok inny świat, czarny kot, dziwaczne postacie (jak choćby treser myszy), potwory vez odpowiedników, jakby wymyślone tylko na tą opowieść.często nieokreślone, bez historii. Jak wiele z tego można znaleźć później w jego twórczości rozbite na przeróżne opowiadania. A wszystko napisane spokojnie, bez sztucznego pompowania emocji. Czytelnik sam je znajduje, bo jeśli Gaiman nie rusza wyobraźni, to może lepiej poczytać sobie opowieści o naprawie Citroena Xantii lub podręcznik do termodynamiki. Nie wiem.
poniedziałek, 4 maja 2009
Witold Gombrowicz - Ferdydurke

"Przez rysę w matowej szybie zajrzałem ostrożnie do łazienki. Inżynierowa, goła, wycierała udo prześcieradłem kąpielowym, a twarz jej, ciemniejsza w karnacji, mądra, zaostrzona, zwijała nad tłustobiałą, cielęce niewinną, beznadziejną łydką, jak sęp nad cielakiem. I była w tym straszliwa antyteza, zdawało się, że orzeł krąży bezsilnie nie mogąc porwać cielaka, który beczy wniebogłosy, a to inżynierowa Młodziakowa przypatrywała się higienicznie i inteligentnie swojej babskiej, klępowatej nodze. Podskoczyła. Stanęła w pozycji, rękami ujęła się pod boki i dokonała półobrotu tułowiem z prawa w lewo z wdechem i wydechem. Z lewa w prawo z wydechem i wdechem! Wyrzuciła do góry nogę, a stopę miała drobną i różową. Potem drugą nogę z drugą stopą! Puściła się w przysiady! Dwanaście przysiadów odwaliła przed lustrem, oddychając przez nos - raz, dwa, trzy, cztery - aż biusty klaskały, aż i mnie nogi zadrgały, i byłbym ruszył w pląs piekielny, kulturalny."
Znów zacznę od zachwytu nad poezją ukrytą w prozie Gombrowicza. Och! Ach! Cudnie! Genialnie! Jeszcze okruszek;)
"Szła spokojnie z podniesioną głową, a na twarzy jej widniała szczególna mądrość, rzekłbym, mądrość urządzeń kanalizacyjnych. Szła z pewnym nawet nabożeństwem, w imię świętej naturalności i prostoty i w imię racjonalnej higieny porannej."
Dobrze, a teraz coś z powieści. Nie wiem jak wiele zrozumiałem. Treść pozornie prosta i oczywista. Chciało by się rzec co tu rozumieć. To co ukryte ukrywam również w sobie. Skoro autor tak chciał, czy mi wolno być mądrzejszym od niego (odnośnie oczywiście jego twórczości;) ). Co mnie zachwyca w Słowackim to nie na ten wpis, bo jak nie zachwyca skoro zachwyca. W Gombrowiczu jednak coś innego, absurd wpleciony w rzeczywistość tak sprawnie, że świadomi bezsensu zaistniałego zdarzenia zupełnie poważnie zastanawiamy się nad relacją z tego wynikłą. Może to tylko symbolika, może. Jednak jak niezmiernie przyjemnie mi jest gładzić dłonią powierzchnię jego dzieła niczym aksamit skóry, zamiast wywalać bebechy w poszukiwaniu domniemanych, połkniętych klejnotów.
Przecież dla szukających głębiej jest duuuużo w otartym tekście. ;))))
"Reszta jest milczeniem. Czy wreszcie my stwarzamy formę, czy ona nas stwarza? Wydaje się nam, że to my konstruujemy - złudzenie, w równej mierze jesteśmy konstruowani przez konstrukcję. To, co napisałeś, dyktuje ci sens dalszy, dzieło rodzi się nie z ciebie, chciałeś napisać to, a napisało ci się coś zupełnie odmiennego. Części mają skłonność do całości, każda część zmierza do całości po kryjomu, dąży do zaokrąglenia, poszukuje dopełnienia, doprasza się reszty na obraz i podobieństwo swoje. Umysł nasz wyławia z rozbełtanego oceanu zjawisk jakąś część, dajmy na to - ucho albo nogę, zaraz na początku dzieła nasuwa się nam pod pióro ucho albo noga i potem już nie możemy wybrnąć z części, dopisujemy do niei dalszy ciąg, ona nam dyktuje wszystkie pozostałe członki. Dokoła części owijamy się jak bluszcz dokoła dębu, początek zakłada koniec, a koniec - początek, środek zaś stwarza się między początkiem a końcem. Absolutna niemożność całości znamionuje ludzką duszę. Cóż tedy począć mamy z taką częścią, która się urodziła niepodobna do nas, jakby tysiąc jurnych, ognistych ogierów nawiedziło loże matki naszego dziecięcia - ha, jedynie chyba dla uratowania pozorów ojcostwa musimy z całą potęgą moralną upodobnić się do naszego dzieła, gdy ono nie chce być do nas podobne."
Zrozumieć sens tego cytatu, a zdań takich jest przecież wiele. A może to zwykła kpina. Podzielam jego zdanie odnośnie snobizmu artystycznego, bohemy, ćwierćinteligentów. Może to dla nich są te rozważania, a może ja lekko ułomny...
ale/bo... "Koniec i bomba A kto czytał, ten trąba! W. G."
ps Skorzystam z tej notki i z pewną dozą nieśmiałości skrytykuję Teatr Tv pod tym samym tytułem. Gra aktorska bez zastrzeżeń, dobra, bardzo dobra, nie ma specjalnie znaczenia. To, że adaptacja rozumiem, że zmiany baaardzo dowolne - cóż, trudno. Jest jednak kilka miejsc, które w tekście wynikają jako konsekwencja czegoś. W sztuce pominięto ich sens, zaznaczono obecność. Gdy nauczyciel wspomina o wizytacji w szkole czytając książkę wiemy skąd się wzięło to omyłkowe przeświadczenie i kogo uznano wysłannikiem z kuratorium. A widz ma pustkę. Gdy pod okno nowoczesnej pensjonarki podchodzi w trakcie zamieszania żebrak z zieloną gałązką w ustach widzimy tylko żebraka, który coś trzyma w zębach. Ot jakiś ciekawski. Po co więc zaśmiecać scenę i tak zapełnioną akcją? Chyba robię się nazbyt upierdliwy;)
pps Mam gdzieś nagraną niemiecką ekranizację. Teraz z czystym sumieniem mogę się z nią zapoznać.
niedziela, 3 maja 2009
Andrzej Pilipiuk - Norweski dziennik tom3 - Północne wiatry

Za radą, by nie tracić czasu nad tą lekturą ... przegalopowałem po akcji kartkując, by tylko poznać fabułę (chciałem znać zakończenie). Hm. no tak.
"Nie nawykłem pisać komentarzy do własnych utworów. Tekst literacki powinien bronić się sam. W tym konkretnym przypadku uznałem to jednak za niezbędne" Po przeczytaniu całego posłowia troszkę mi żal autora (prawie mu się udało osiągnąć cel). Ale pal licho, podjął decyzję, zaniósł do wydawnictwa, wzięcia honorarium nie odmówił, ja za te książki zapłaciłem;))) Nędza, kompletna klapa. Pisanie dla pisania, czytanie dla czytania. Już nie pamiętam co było w tomie drugim;) (serio). I nie obchodzi mnie, że to jego autoterapia. Mógł uprzedzić na początku, a nie w przedostatnim zdaniu trzeciego tomu w posłowiu.
A teraz bardziej racjonalnie (wyżej były emocje, mój prawdziwy odbiór)...
Skoligacenie ich ze starym bimbrownikiem to chwyt czysto marketingowy, choć pewnie autor zrobił to z umiłowania do swej twórczości, by było ciekawiej i na pewno dużo, dużo później (nie wiem, nie znam go osobiście). W tej trylogii widać wyobraźnię nastolatka, z czasem wzbogacaną o wiedzę. Docelowo jednak prace na działce z ojcem, dziadkiem, programy dla majsterkowiczów i te sprawy, wydaje się, że były jakąś częścią jego świata. Marzenia o harcerstwie, samodzielnym życiu, ale takim młodokawalerskim, tak przez chwilę bez rodziców, kontroli. Myślę, że gdybym tą książkę chwycił w podstawówce byłaby wśród ulubionych, zapamiętanych. A tak, knot literacki. I po co Ci to było Philipiuk, czym teraz zachęcisz bym ponownie sięgnął po twoją książkę? Wiem, wiem nowe przygody Wendrowycza piszesz cwaniaczku;))).
ps zrodził mi się taki dialog odnośnie (bez)sensu z obcowania z tym utworem (potworem?) literackim -
CZYTELNIK
Tu się nic nie dzieje.
AUTOR
Wiem.
CZYTELNIK
To po co to piszesz?
AUTOR
To po co to czytasz?
sobota, 2 maja 2009
Ernest Hemingway - Stary czlowiek i morze

Nigdy nie jest za późno. Przyznaję się. Nie znam klasyki w postaci literackiej, tylko z ekranu. I obraz z Anthony Quinnem pamiętam, przypominał kino familijne;). Ale książki (książeczki?) nie czytałem (bo chyba była lekturą;) ) - czas to zmienić i sukcesywnie uzupełnić hańbiące zaległości;).
"- Dziękuję ci - powiedział stary. Był zbyt prosty, żeby się zastanawiać, kiedy osiągnął pokorę. Wiedział jednak, że ją osiągnął, wiedział też, że nie ma w tym nic haniebnego i że nie pociąga to za sobą utraty prawdziwej dumy."
Nie ma "nie mogę", "nie dam rady", "nie chce mi się". A każdy kto ironicznie się uśmiechnie słysząc "Stary człowiek i morze" w moich oczach zyska aureolę dupka. A Hemingway nie jest przereklamowany. Opis jednego wypłynięcia na połów, jeden bohater. Niewiele? Starczy gdy ktoś ma literacki talent;)
1612

Wyprawa polskiego wojska na podbój Moskwy. Film zrealizowali Rosjanie i jest to zdecydowanie ich "ku po krzepieniu serc";). Choć oparty o fakty historyczne, jest antypolski na wskroś. Armia Polska tłukąca pół Europy prowadzona przez bezwzględnego pułkownika, przegrywająca bitwy dzięki jednej skórzanej armacie;), obrywa od dziewek czy chłopów - mistrzów fechtunku. Przypominają mi się sceny z "Szoguna" gdy samuraje, nie robiący nic ponad trening posługiwaniem się kataną zachowują się jak amatorzy wobec przybysza, który właśnie zobaczył miecz i tnie ich na plasterki;))) Lachy to te złe, bezduszne ludzie, pozbawieni honoru, mordujący i gwałcący, a Rosjanie szlachetni, mądrzy (każdy w to uwierzy, magia kina, ale kiedyś przechodzili przez nasze ziemie i pamięć została;( ). Troszkę na nasze patriotyczne ambicje wjechali, a scena gdy dzieci widzą jadących husarów i wołają "mamusiu, anioły!!!" a potem ci sami "aniołowie" mordują kobiety i dzieci. I ostatnie zdanie "Polacy i Litwini opuścili spustoszony kraj i ... poddali się". A w tym wszystkim uczestniczył szanowany przeze mnie Michał Żebrowski. Hańba? Z czegoś trzeba żyć, jak nie on to byłby ktoś inny, itp. Czy aby na pewno? Swoją grą właśnie uwiarygodnił całą tę hecę, sorry - historię;(((
No dobra, tyle żalów. Realizacja filmu super. Nasze "Ogniem i mieczem" to bieda z nędzą przy "1612". Efekty hollywoodzkie, jak husaria to aż miło popatrzeć na jej potęgę (no potem mniej, ale nie będę zaczynał). Doskonale wplecione motywy fantasy - starzec przepowiadający przyszłość, jednorożec, wizja najemnika opiekuna. Przecież Joanna D'Ark też miała mistyczne doznania. Naprawdę mało jest tak dobrze zrealizowanych filmów z tamtego okresu.
ps Niestety nie wytrzymałem i pogrzebałem w opracowaniach historycznych (w fimie nawet nie podano nazwiska polskiego przywódcy;) ). Pod koniec pada informacja, że wojska polskie poległy w trakcie oblężenia Kremla. A co na to historycy "Po zawarciu układu 8 września Moskwa otworzyła bramy przed Polakami. Żółkiewski stanął z wojskiem na Kremlu, Wasyl i Dymitr Szujscy zostali jego jeńcami. Opuszczony przez większość stronników Dymitr Samozwaniec II zginął z rąk skrytobójców. Hetman został faktycznym panem Rosji. Ale wszystkie jego plany polityczne zniweczył niebawem Zygmunt III, który nie zaakceptował układu moskiewskiego, nadal oblegał Smoleńsk, sam chciał zostać carem." i dalej "Sama wojna trwała jednak znacznie dłużej. Dopiero podpisany w 1618r. rozejm w Dywilinie przyznający Rzeczpospolitej ziemie: smoleńską, siewierską i czernihowską na jakiś czas unormował stosunki polsko-rosyjskie."
To tego, że byli agresorem w trakcie drugiej wojny światowej się nie przyznają, co zrobili m.in. w Katyniu też, więc nie dziwota, że i tu jest inaczej. Jaka musi tkwić wiekowa nienawiść, iż wstyd wspomnieć, że czterysta lat temu Polak rządził Rosją. I boli, że świat będzie poznawał taką historię, a niestety będzie;(. A "Katyń" Wajdy Europa ocenzurowała i nie wprowadziła do dystrybucji kinowej. Cóż, na przemoc nie ma rady.
piątek, 1 maja 2009
Paulo Coelho - Weronika postanawia umrzeć

"Edward byt mężczyzną idealnym. Byt to człowiek wrażliwy, wykształcony, który zniszczył nieciekawy świat, by go stworzyć na nowo w swojej głowie, wypełniając nowymi barwami, postaciami, historiami. I w tym jego nowym świecie była kobieta, pianino i księżyc, który nie przestawał ogromnieć.
- Mogłabym się teraz zakochać i oddać ci wszystko, co mam - powiedziała świadoma tego, że Edward nie jest w stanie pojąć sensu jej stów. Prosisz mnie tylko o muzykę, ale ja jestem kimś więcej, aniżeli sądziłam, i chciałabym podzielić się z tobą innymi sprawami, które ledwo zaczęłam rozumieć."
Ponownie to wrażenie, że książka napisana jest pod kobiety. Weronika popełnia samobójstwo, szczęśliwie uratowana dowiaduje się, że tylko na "chwilę". Mari, pani adwokat zbyt szalona by przebywać wśród szaleńców i Zedka pętana "zbyt mocną" miłością. By wszystko to buchało emocjami jest Edward, schizofrenik. Sam zakład psychiatryczny to jedynie literacka atrapa. Nie poznajemy nikogo kto jest prawdziwym "wariatem". Jak dla mnie powieść ta jest lepsza od poprzedniej, którą czytałem. Choć to w tamtej była ta iskierka czegoś osobistego.
Oczywiście i autor nie byłby sobą gdyby perfidnie nie pokusił się o kolejne fałszowanie biblijnych faktów. A ja gdyby mi się wielka latarnia i migającym czerwonym światłem nie zapaliła -
"Babcia wytłumaczyła mi: „Wąż sprowadził na ziemię rozróżnienie między Dobrem i Złem, tak mówi Biblia. Ona dzięki swej miłości panuje nad Dobrem i nad Złem”."
Prostować oczywiście tego nie muszę, jednak komu wierzyć jak nie kochanej babci, wiecznie z różańcem, z cichą modlitwą na ustach. Manipulacja, ordynarna, bo zdanie to pada wplecione i wręcz niezauważone, tak do połknięcia i lecenia dalej. A gdyby kogoś wzięło na refleksję to stronę dalej jest na ten temat dyskusja, która niczego nie wyjaśnia, ale pytania padają by brnąć w kierunki dalekie od prawdy. Nie lubię tego;( Milczenie pominę inne sztuczki, bo książka naprawdę mi się podobała. A końcowa myśl głównej bohaterki, że został jej podarowany jeszcze jeden dzień (nieświadoma swego wyleczenia;) ) naprawdę wzrusza.
czwartek, 30 kwietnia 2009
Richard Adams - Opowiesc Z Wodnikowego Wzgorza

Po tę książkę sięgnąłem pomyłkowo. Chciałem przeczytać "Wodnikowe Wzgórze" tego samego autora, a nie tą. Nadal chcę, ale już zdecydowanie słabiej. Te opowieści to dość luźny zbiór powiastek i legend z królikami osadzonymi jako bohaterowie. Początkowo sporo czerpania z szablonów, ale ciekawie. Ktoś rusza w podróż, pomaga jednym zyskuje ich przyjaźń, potem oni mu się odwdzięczają. Na tej konstrukcji jest kilka opisanych mitów. Lekkie fantasy, momentami coś z "Rudej sfory" Kossakowskiej (takie skojarzenie jako pierwsze;) ). Dalej, dzięki stworzonej króliczej społeczności jakaś walka o wpływy, ucieczka przed wrogami - nic oryginalnego;( Z czasem wiało już tylko nudą. I odetchnąłem. Na ostatnie strony jedynie rzuciłem okiem, z nadzieją, mylnie... nic.
Zdecydowanie nie polecam. Może dla dzieci, żeby coś im czytać, gdyż bezspornie niosą wartości warte promowania, nie są doszczętnie jałowe. Ale, są niestety wtórne. Ja oczekuję czegoś więcej.
Oto charakterystyczny przykład opisu sytuacji - króliki chyba o próbie zamordowania człowieka przez człowieka -
"- On żyje. Czuję jego oddech. Ale masz rację, lepiej go zostawmy.
- Popatrz na śnieg - odezwał się Czubak. - Widzisz?
Szło ich dwóch obok siebie. Potem ten się przewrócił - chyba nagle - a drugi przyciągnął go tutaj i poszedł dalej drogą."
Delikatnie, dla dzieci się nadaje.
Goscinny Rene, Sempe Jean Jacques - Mikołajek i inne chłopaki
Wstyd się przyznać, ale to moje pierwsze spotkanie z Mikołajkiem. Wyruszyłem na plaże z mptrójką i książką w wersji audio. Czytała pani Irena Kwiatkowska, kapitalnie zresztą, jak to ona z sobie charakterystyczną energią i pasją. Uwielbiam dziecięcą (?) literaturę. "Filatelistyka jest bardzo pożyteczna" - czy to nie rozwala;)))
środa, 29 kwietnia 2009
Waldemar Łysiak - Wyspy zaczarowane

"Miasta żyją jak ludzie, przeżywają swoje wzloty, szczęścia i zawały serca, lecz umierają jak bogowie — stojąc, w głębokim milczeniu, bez łez. Takich miast-trupów jest dużo, ale nikt ich nie grzebie, wiec rozkładają się odsłonięte, rażone upałem i gnijące wskutek wilgoci, bezradne. Ludzie zapominają o nich, tak jak zapominają o zdetronizowanych bogach, na tym najlepszym ze światów bowiem pamięta się tylko zwycięzców i tylko im wręcza się medale. Triumfator bierze wszystko, pokonany gladiator nie może oczekiwać nawet łaski dobicia. Będzie konał torturowany przez obojętność, żegnając gasnącym wzrokiem odwrócone plecy."
Pierwsza książka autora będąca zbiorem logicznie ułożonych felietonów, by zaprosić nas na wycieczkę po jego ulubionej Italii. Dla indywidualnych turystów to bardzo oryginalny przewodnik;)
"Właśnie w Asyżu zrozumiałem, czym może się stac odnaleziona mogiła jednego człowieka dla milionów innych ludzi. Grobowiec w Asyżu to pośród tysięcy ołtarzy i sanktuariów Italii miejsce szczególne, które razi swą mocą niby rozpalonym prętem i zgina kolana wszystkich, bez względu na wyznanie czy brak jakiejkolwiek wiary. Starczy wiara w człowieka i w jakaś wartosc, której nie da się przeliczyć na monety.
To są jego pierwsze szlify przed "MW" czy później "Malarstwem Białego Człowieka". Pisze na tyle na ile ogranicza go wiedza i wyobraźnia. Jest więc historia (i uwielbiony Napoleon w każdym możliwym miejscu;) ), jest tłumaczenie sztuki w postaci na wskroś łopatologicznej, są też jego imaginacje. Po prostu Łysiak tyle, że młody i jeszcze nie tak rozbestwiony (chociaż?;) ).
No właśnie, bo historii uczy jakby za wzór brał kobiece pisma plotkarskie -
"W roku 1806 Napoleon — już cesarz i największy mocarz kontynentu — ofiarował małżonkom Borghese mikroskopijne księstwo Guastalla, w efekcie czego miedzy bratem a siostra wywiązała się kapitalna rozmowa:
— Cóż to jest ta Guastalla, mój dobry braciszku?
— To miejscowosc i zamek w Parmie.
— Aaa! Miejscowosc i zamek! A moje siostry maja państwa i ministrów!
I co ja tam bede robic?!
— Co chcesz.
— Co chce?! Napolione, wydrapię ci oczy, jeśli nie zaczniesz mnie lepiej traktować! A mój biedny Camillo, czy dla niego też nic nie zrobisz?
— Przecież to kretyn.
— Oczywiście, ale co to ma do rzeczy?!
Na otarcie łez cesarz dwa lata pózniej mianował „biednego Camilla” gubernatorem Piemontu, lecz Paulina nie wytrzymała długo we Włoszech, pośród adorujacych ją zniewiesciałych minstreli, i uciekła do Paryża, by móc korowód swych kochanków uzupełnic o kilku żołnierzy brata."
i może jeszcze o tej samej siostrzyczce "boga wojny"
"Gdy zgorszona dama dworu zapytała Pauline: „Jak mogła pani pozowac nago?!”, ta wzruszyła ramionami: „Och, przecież pracownia była ogrzewana”."
ps komentować książki tego akurat autora jest mi naprawdę trudno - one po pierwsze same są najczęściej jednym wielkim komentarzem, a po drugie o wiele lepiej czytać je niż moich, wymęczonych kilka zdań;)
niedziela, 26 kwietnia 2009
Witold Gombrowicz - TransAtlantyk
"Żegluga z Gdyni do Buenos Aires nadzwyczaj rozkoszna... i nawet niechętnie mnie się na ląd wysiadało, bo przez dni dwadzieścia człowiek między niebem i wodą, niczego nie pamiętny, w powietrzu skąpany, w fali roztopiony i wiatrem przewiany."
Poezja. Jak to się czyta. Każde zdanie zaskakuje, zachwyt wywołuje.
Pewnie niewiele z tej powieści zrozumiałem;))) Urzekł mnie jednak styl pisarski, radosna kreacja fabuły, zupełny brak barier estetyczno-moralno-zachowaniowych - umysł i przyzwyczajenia nie są ograniczeniem.
Na końcu ksiąski kilka mądrych rozpraw na temat przeczytanego tekstu. Że głównego bohatera nazwał swoimi nazwiskiem, że o homoseksualizmie, naleciałościach, Mickiewiczu... istna parada onanistów. A co mnie to obchodzi czy ten Gombrowicz z powieści to autor czy nie autor. Czy on jest za puncypami homo czy przeciw, czy przeciw nim czy za. A to, że tchórz w powieści to co, wszak tacy też są co piórem wojują więc czy on w kontrze Mickiewiczowi, czy za nim, czy mu obojętny, czy znał go - co mnie to obchodzi, czy nie obchodzi, na pewno nie obchodzi, o na pewno, na pewno nie obchodzi. I te mądre masturbatorskie profesory, że w "Dziennikach" napisał... A co mnie to obchodzi, czy nie obchodzi... ja czytałem "TransAtlantyk".
Poezja. Jak to się czyta. Każde zdanie zaskakuje, zachwyt wywołuje.
Pewnie niewiele z tej powieści zrozumiałem;))) Urzekł mnie jednak styl pisarski, radosna kreacja fabuły, zupełny brak barier estetyczno-moralno-zachowaniowych - umysł i przyzwyczajenia nie są ograniczeniem.
Na końcu ksiąski kilka mądrych rozpraw na temat przeczytanego tekstu. Że głównego bohatera nazwał swoimi nazwiskiem, że o homoseksualizmie, naleciałościach, Mickiewiczu... istna parada onanistów. A co mnie to obchodzi czy ten Gombrowicz z powieści to autor czy nie autor. Czy on jest za puncypami homo czy przeciw, czy przeciw nim czy za. A to, że tchórz w powieści to co, wszak tacy też są co piórem wojują więc czy on w kontrze Mickiewiczowi, czy za nim, czy mu obojętny, czy znał go - co mnie to obchodzi, czy nie obchodzi, na pewno nie obchodzi, o na pewno, na pewno nie obchodzi. I te mądre masturbatorskie profesory, że w "Dziennikach" napisał... A co mnie to obchodzi, czy nie obchodzi... ja czytałem "TransAtlantyk".
Subskrybuj:
Posty (Atom)