poniedziałek, 10 sierpnia 2009

Festiwal Rytmu i Ognia FROG - Gdynia 2009

Nie mogę opisać tego festiwalu kompleksowo bo uczestniczyłem na nim raptem kilka godzin i to drugiego dnia. Sporo podsłyszałem. Nic jednak specjalnie wartego odnotowania oprócz dialogu matki i kilkuletniej córki, które wspólnie zaliczały pewnie większość trójmiesjkich imprez. "- Kolarze i kuglarze to prawie to samo. - No coś ty. - Ale z nazwy."

Po spacerze po orłowskim molo trafiłem na AIRE FLAMENCO. Zdrowe i surowe latynoskie granie. Ale zdecydowanie nie na siedzenie na trybunie i gapienie się lub szukanie artystycznych uniesień. Piwo, wino, rozmowy, nogi niech nie czują skrępowania unieruchomionym tyłkiem do ławki. A tak dla mnie porażka.
Potem była kilkunastominutowa przerwa i rozpoczęła swój pokaz grupa PA-LI-TCHI z Czech. Ponoć sztuki walkii ćwiczyli w najsławetniejszym klasztorze. I pojechali. REWELACJA!!! Początkowo niby normalnie. Elementy kung fu gdzie broń zakończona była płomieniem. Dużo szybko i sprawnie. Widowisko się rozkręcało. Potem moment na balet... bez ognia, ale kostiumy tak zaprojektowane, że tworzyli kompozycje naprawdę trudne do opisania. Coś zbliżonego osiągnęla Madonna w teledysku "Frozen". Trochę z japońskiego teatru ale z europejską estetyką. Delicje dla oczu. Ale finałowa scena...
http://www.youtube.com/watch?v=JabLEaD2-GA
zasypani snopem iskier... nie wiem co to było... Mistrzostwo świata.
Jako ostatni występowali ALL STAFFS. Zaczęli spokojnie. Potem się okazało, że cały występ ich był taki. Żonglerka kijami. A jak się zaczęło sypać, jak kije zaczęły lecieć na podłogę to jeden po drugim. Dla mnie w blasku PA-LI-TCHI, choć warte zaznaczenia, że sie podnieśli i finał im wyszedł.
Myślę, że przyszłym roku pewnie zaliczę poimprezowe jam session przy ognisku do białego rana;)))

poniedziałek, 3 sierpnia 2009

Goscinny, Sempé - Rekreacje Mikołajka

Drugi tomik opowiadań o Mikołajku, jego rodzinie i kolegach. Dziecięca naiwność i prostota myślenia. Bardzo sympatyczna lektura dla całej rodziny. Maprawdę bez granicy wiekowej w górę;))) Polecam.

Scott Lynch - Na Szkarłatnych Morzach


"Potrafimy okradać arystokrację. Potrafimy się włamywać. Potrafimy zakradać się przez komin, otwierać zamki, okradać powozy, opróżniać skarbce i popisywać się naprawdę szerokim wachlarzem karcianych sztuczek - przyznał Locke. - mogę ci obciąć jaja o ile jakieś masz, podłożyć na ich miejsce marmurowe kulki, i przez tydzień nie zorientujesz się, że coś jest nie tak. Ale z przykrością muszę powiedzieć, że jedyny rodzaj przestępców z jakimi naprawdę nie mieliśmy nigdy, przenigdy do czynienia to piraci, do kurwy nędzy!"

Druga część sagi o Niecnych Dżentelmanach nie zawiodła. Trudno było utrzymać wysoki poziom pierwszej części, ale (i nie jest to jedynie moje zdanie) autor tego dokonał. Dużo ostrzejszy język co nie jest zasługą tłumaczy gdyż są ci sami. Spory rozmach. Intryga na ogromną skalę co jak wspomniał jeden z bohaterów po kolejnym nieudanym zamachu "są motorem napędzającym godpodarkę miasta gdyż co piąty mieszkaniec jest zatrudniony by ich śledzić, zabić lub ochronić";))) Fajna konstrukcja ksiązki. Reminiscencje przeplatane z aktualnymi zdarzeniami. Z tego będzie kiedyś naprawdę dobry film. Dużo mniej jest tym razem fantasy. Tylko alchemia i niewiele znaczące zdarzenia na morzu (oprócz jednego) kojarzące się momentalnie z klimatem z "Piratów z Karaibów" co powoduje, że wyobraźnia podstawia te same scenerie co na filmie;).
Miłość, przyjaźń, braterstwo i honor. To dzięki temu książka nie jest tylko bezsensownym czytadłem. Polecam, polecam, polecam. Dla miłośników przygody, nieskrępowanej i twardej.

Jeśli masz zamiar przeczytać tą książkę to by nie psuć sobie zbytnio zabawy nie czytaj drugiegoponiższego cytatu;)))

"Jean pchnął drzwi. Miał ponurą minę. Podszedł prosto do Locke'a z wysokim, drewnianym wiadrem wody w dłoniach. Bez ostrzeżenia wylał wszystko na Lamorę, którego aż zatkało z zaskoczenia i znowu poleciał na ścianę. Potrząsnął głową jak pies i odgarnął z oczu przemoczone włosy.
- Jean całkiem ci odpieprzyło...
- Potrzebowałeś kąpieli - przerwał mu przyjaciel. - Cały byłeś ubabrany w samoużalaniu.
Rzucił wiadro i ruszył popokoju, zbierając wszystkie butelki i bukłaki w których jeszcze coś było."









"- Muszę przyznać, że w duchu podziwiam tych bezczelnych sukinsynów. Dwa lata planowania, do tego jeszcze te krzesła... A wszystko pod moją rzekomą opieką! Ależ się Lyonis wściekł.
- Myślałam, że i ty będziesz zły.
- Zły? Jestem zły. Zdążyłem polubić te krzesłą
- Wiem jak długo zabiegałeś o zakup obrazów.
- Ach tak, obrazy. - Requin uśmiechnął się figlarnie. - Masz rację, ściany wydają się teraz takie puste. Co powiesz na to żebyśmy zeszli do skarbca i przynieścli orginały?
- Jak to orginały?
(a na drugiej stronie "Epilog")
- Jak to kopie?"

niedziela, 2 sierpnia 2009

Złoty środek (2009)


Ponieważ usnąłem we wspaniałym nastroju to i w takim się obudziłem;))) Komedia na dzień dobry była świetnym pomysłem;) Trochę zapożyczonych tekstów, które tylko fanów discopolo mogły by bawić, ale kilka było naprawdę niezłych. Aktorzy znani, a jakże. Toż to Polska produkcja komercyjna - Pazura, Przybylska, Lubaszenko, Kowalewski czy Wilczak. Ale bez wydziwiania. Dzięi temu można być pewnym dobrej gry. Pomysł na knajpę dla homo zaczerpnięty z "Ptaszka w klatce" z Williamsem i Hackmanem. Generalnie Lubaszenko zgrabnie zakręcił się w towarzystwie filmowców i dzięki poprawności politycznej (tak podejrzewam) łatwiej jest mu kręcić filmy. Fabuła nie powala, nic specjalnie odkrywczego. Szablon jeśli chodzi o żarty i realizację, ale do obejrzenia. Prawdziwie solidna rozrywka (o ile tak można określić zabawną komedię) a dzięki aktorom o których zaletach wcześniej wspomniałem ubawiłem sie przednio.

Wrogowie publiczni - Public Enemies (2009)


Wczorajszy wypad do kina to jakby kontynuacja "maratonu" filmowego. Kiedys kilka filmów dziennie było normą, teraz kilka w miesiącu to wydarzenie;))) Choć to mocno rodzinne wyjście bo i siostra i tata i ciocia to decyzja, że produkcja z Deppem właściwie nie budziła wątpliwości. Kiedys już oglądałem film o Dillingerze, czytałem jakąs książkę i spodziewałem się, że tym razem powstanie coś na zasadzie "na motywach" biografii sławnego gangstera ale w bardzo luźnej formie. I chyba tak było. W głowie pozostały obrazy ze wspomnianego wcześniej filmu. Próżno ich tu szukać. Depp i Bale (ostatni Batman) gwarantowali sukces komercyjny. Ale czy to było coś super. Sposób kręcenia był momentami jak teatru telewizji, podobnie dźwięk jakby pobrany z planu. Efekty z tanich rekonstrukcji historycznych, może z "Sensacji XX wieku";). Ale zakładam, że taki efekt był zamierzony. Sporo kręcenia chyba z ręki. Surowe sceny, które często można obejrzeć w dodatkach "jak powstawał film" a jedyną różnicę stanowi wycięcie osób które nie są aktorami;) O samej fabule nie ma co pisać, gangsterski klasyk. Dillinger to amerykański bohater, to amerykańska tradycja. Nie specjalnie osobiście przepadam za tą tematyką. W to wszystko wpleciony wątek romansu. Czy warte to jest obejrzenia. Moim zdaniem niekoniecznie. Jesteś fanką Deppa albo się nudzisz i masz ochotę na wyjście do kina to czemu nie, ale bez rewelacji, czysta komercja;)

Truposz - Dead Man (1995)


Drobna zaległość z tygodnia;))) Nabrałem apetytu na dobry film i ten jest sprawdzony;))) Nie mogę napisać jakiejś emocjonującej notki bo czwarty a może i piąty raz go oglądałem. I właśnie dlatego jest to fenomen tego filmu. Znów znajduję coś nowego, znów mnie zachwyca. Obraz po obrazie, scena po scenie, dialog po dialogu, akord po akordzie.
Jest wiele ciekawych chwil zawartych w "Truposzu". Moment wejścia syna pana Dickonsona to jakby scena z sitcoma - brakuje tylko braw na dzień dobry. Zabójcy choć czysto westernowi to już murzyn między nimi kojarzy mi się z Melem Brooksem. Indianie najmniej podobni do Indian;))) Szczególnie widać to w ostatnich fragmentach gdzie dostrzegłem masę stylizacji wschodnioeuropejskiej w ich ubiorze od kaukazkich kacapów, przez bałkańskie nacje do naszych zakopiańskich górali;)
Jest to film trzech artystów. Jarmush wiedzie cały batalion ludzi, którzy wymyślili koncepcję ubiorów, znaleźli niesamowite miejsca (lub je skonstruowali) pomalowali i ożywili światłem, utrwalili tą magię właściwymi kadrami... Drugim jest Depp. To jak rozmawia z kamerą słaniając się na nogach ciężko ranny lub przez dobre pięć minut nie móiąc nic na początku filmu to wartość ponadczasowa dla kina. Trzecim jest Neil Young i jego muzyka. Niewiele jest równie dobrych. Nie ma lepszej. Wziął gitarę i rzeźbił. To dzięki niemu płaski obraz miejscami staje się poryty a miejscami przyjemnie pozaoblany

Koralina i tajemnicze drzwi - Coraline (2009)


Książkę oczywiście przeczytałem wcześniej co dało mi ... Właściwie niewiele. Miałem zupełnie inne wyobrażenia co do głównej postaci, jak i samej scenerii. I to jest duuużym plusem filmu;))) Ostatnim czasy bardzo niewiele filmów oglądałem co zresztą widać po wpisach więc można by powiedzieć - ten nie ma konkurencji;))) Ok, podobał mi się. Polecam. Został w porównaniu do książki mocno wygładzony co pozwala obniżyć wiek widza.

wtorek, 21 lipca 2009

Theater Anu - Lichtspuren





To miała być kulminacja wieczoru. Nie wiem czy się odbyła. Padało. Wszystko jednak było gotowe. Trzy godzinny spektakl multimedialny. Gra świateł i symboli. Ale nawet to co zobaczyło było urzekające... takie rajskie... nie lubię Gdańska... ale to miejsce kocham - od soboty;)

poniedziałek, 20 lipca 2009

Teatr A - O tym jak to Święty Florian uratował Kraków od spalenia


Duuuuża moc. Z uwagi na padający deszcz spektakl przesunięty godzinę do przodu. Las parasoli utrudniał oglądanie, ale co tam. Aktor na bosaka biegał cały czas. Tyle energi i życia, porwał publikę. A wszystko na takim luzie. Spektakl to kompletna bzdura. Lało więc i z efektami opartymi na ogniu nie wszystko wyszło. Był też efekt naturalnego pioruna. Sztuk jedna, zupełnie przypadkowo, ale idealnie pasował. Widać, że nawet niebo było przychylne artyście. I był jeden moment - ale tylko do przeżycia...

Spheric E-motion - OndeOceane




To przedstawienie widziałem dwa razy. Jedno za dnia. Wtedy można było dokładniej dostrzec zawartość baletową i fantastyczny efekt płatków śniegu w kuli. Drugi raz po zmroku. Wtedy było widać jak zaparowane są kule, ale ta gra świateł niedostępna za dnia...

Teatro Pavana - Colors




Forma parady. Zabrakło muzyki, miała być ale coś się nie udało. Chyba tylko organizatorzy zauważyli jej brak. Właściwie zdjęcia wystarczą...

Cal y Canto - A-TA-KA!




Osiodłać wiatr, wykorzystać powietrze, scena w przestrzeni.
Fajny efekt, pierwsze wrażenie powala, ale potem ... cóż ile można patrzeć jak ktoś macha zawiązanym na końcu wędki wymyślnym latawcem. Obraz w ruchu. Stroje, muzyka (zalatywało technicznym klimatem ale zupełnie nie przeszkadzało), kontakt bezpośredni. Generalnie smaczna przystawka;)

XIII Międzynarodowy Festiwal Teatrów Plenerowych i Ulicznych FETA

Super impreza. Fantastyczne miejsce. Do głowy by mi nie przyszło, że Gdańsk ma tak cudowne plenery. Klimat - przemieszanie festiwalowej publiczności i mieszkańców okolicy. Dla jednych atrakcja turystyczna, dla innych artystyczna, a dla reszty "coś się dzieje w okolicy" i zamiast siedzieć w oknie zeszli na podwórko;) Załapałem bakcyla na maksa.

niedziela, 19 lipca 2009

Christopher Moore - Wyspa Wypacynkowanej Kapłanki Miłości

"Poczuł pod sobą ruch i omal nie zerwał się na równe nogi, sądząc, że leży na jakimś morskim stworzeniu. Potem uświadomił sobie, że ruch pochodzi z wewnątrz. Minęło tyle czasu, odkąd ostatni raz miał erekcję, że z początku jej nie poznał."

Po przeczytaniu ostatnim razem książki Moore'a ("Sssij Maleńka, ssij'") podjąłem decyzję o dłuższej przerwie od tego autora. Po lekturze tej książki wiem, że następnej jego powieści nie przeczytam wogóle. Musiałby się skryć głęboko za jakimś pseudonimem i zmylić mnie (ale będę czujny;) ). To już przestaje bawić. Wieje nudą. Właściwie to "Wyspę..." wymęczyłem do końca z rozterkami by wogóle przerwać. Czy jest ona tak słaba. Tak, jest słaba.

"Jefferson Pardee desperacko starał się nie wyglądać jak żółw morski. (...) Dla rekinów, zamieszkujących ciepłe wody Pacyfiku wokół Alualu, zółwie morskie stanowiły pożywienie. Prawdę móiąc taka pomyłka wchodziła w rachubę. Nawet nadzwyczaj ograniczony umysłowo rekin zorientowałby się, że zółwie morskie nie noszą bokserek w latające świnki, i żaden żółw nie wykrzykiwałby steku przekleństw pomiędzychrapliwymi oddechami palacza..."

niedziela, 12 lipca 2009

Scena Letnia Teatru im W. Gombrowicza w Gdyni -


... i adaptacja powieści F. Kafki "Proces".

Mogę śmiało napisać, że jest to megaprojekt teatralny. Ok 25 aktorów (tylu naliczyłem;))) ). Szum morza, piasek plaży, niebo nad głową - super klimat. Bardzo byłem ciekaw jak to zostanie wykorzystane w tej adaptacji. No właśnie. Oglądałem już "Proces" z Malcolmem MacDowellem nakręcony przez BBC dwa razy, oglądałem w Teatrze TV z Robertem Wilhelmim jako Józefem K. więc sama treść (niestety książki pewnie już nie przeczytam) jest mi przyzwoicie znana. Zostały tylko detale i ... to co niesie orginalność Letniej Sceny. Nie nastawiałem się na przeżycie duchowe, raczej na estetyczne i ... było super, albo inaczej, mi się podobało;))) Po m.in. "Urodzinach Stanleya" (nie oglądałem, ale opinie nie pozostawiają złudzeń) i "Woyzecku" miałem obawy. Moge odetchnąć z ulgą. Się udało;)))

Jak kapitalnie będzie na "Zorbie';))) (już się rozmarzyłem)

ps a spektakl oglądałem z miejsca gdzie aktorzy widzą "drugiego aniała"
pps i kilka minut przed końcem zaczął kropić deszczyk, fajnie
ppps za tydzień idę na FETĘ.

XXY (2007)

Film o wyborach, o człowieku jako jednostce, o szacunku do jego decyzji. Początkowo nie rozumiałem co się w nim kryje, szukałem wyjasnień, zakończenia historii. Teraz rozumiem, że jego brak jest kontynuacją przesłania, czyni go bardziej uniwersalnym. Każdy jest inny. Statystyka sprawdza się w przewidywaniu tłumu, ale w przypadku jednostki skazana jest na porażkę ... na szczęście;)))

Niewiele postaci, ale każda reprezentuje pewną postawę, a czasem zachowanie całej grupy. Wg mnie to naprawdę dobry film. A w tle Argentyna i ocean, smutny jesienny, opędzający się od wiatru.

niedziela, 5 lipca 2009

Carlos Ruiz Zafon - Gra Anioła


"Złośliwcy, gdyby się tacy znaleźli, powiedzieliby zapewne, że pomysł beniaminka, by ożenić się z córką szofera, był dla dynastiii niczym kubeł zimnej wody na głowę. Ale złośliwców nie było. Zjednoczeni w zmowie milczenia redaktorzy kronik towarzyskich mieli tego popołudnia co innego do roboty i uroczystość przeszła bez echa. Nie było komu zrelacjonować, iż na progu kościołą zgromadził sie wianuszek dawnych kochanek don Pedra, pochlipujących w milczeniu niczym procesja przekwitłych wdów, którym odebrano promyk ostatniej nadziei. Nie było komu opowiedzieć, że Christina trzymała bukiet białych róż i miała na sobie suknię koloru kości słoniowej, który zlewał się z jej skórą i sprawiał wrażenie, że panna młoda idzie do ołtarza nago, a jej jedyną ozdobę stanowi zasłaniający twarz biały welon i bursztynowe niebo, przyszpilone wirem chmur do wierzchołka dzwonnicy."

Gdy skończyłem czytać "Cień wiatru" wiedziałem, że i tą książkę muszę poznać. No i sie stało. Nie jest lepsza, nie jest też gorsza... jest taka sama;( Znów w tle Barcelona sprzed lat. Jest więc i księgarnia i Cmentarz ... Tak to musi być. Jednak nowe postacie i nowe zdarzenia są jakby skopiowane z poprzedniej powieści. Może to ograniczenie mojej wyobraźni, ale widzę te same scenografie, te same budynki, te same mieszkania.

"Samochód, chociaż słowo to nie w pełni oddaje wygląd tego cacka, czekał na mnie przed wejściem. (...) Przywiódł mi na myśl zaczarowaną karetę, katedrę na kółkach o chromowaniach i krzywiznach będących istnym cudem techniki, nad którym górowała, niczym galion, figurka anioła. Krótko mówiąc rolls-royce."

Autor potrafi jednak czarować. Czyta się tą powieść świetnie. Szalony romans w powieści obyczajowej, potem w klasycznym kryminale, gdzie trup się ściele gęsto. A wszystko przyprawione delikatnie czymś nierealnym, ale tak tylko dla smaczku. I dopiero na końcu czeka nagroda dla tych czytelników co uwierzyli;)

"Christina odwróciła głowę na bok i spojrzała na mnie. Twarz miałąpozbawioną jakiegokolwiek wyrazu, jakby jej duszą rozbito na tysiące odłamków. Objąłem ją mocno i pocałowałem w czoło. Słysząc nieustannie bębniący w szyby deszcz i osaczające nas szare i blade światło martwego świtu po raz pierwszy pomyślałem, że toniemy."

ps W trakcie czytania miałem mieszane odczucia. Tak do połowy książki myślałem, że to bez sensu i po następną powieść tego autora nie sięgnę. Ale to nie prawda. Zrobię to z wielką przyjemnością. Choćby znów wszystko wydawało mi się znajome;)

czwartek, 25 czerwca 2009

Barbara Rosiek - Kokaina

"Czy ktoś na codzień dostrzega cichy płacz prostytutki, lęk złodzieja, sumienie mordercy? Tutaj gra się na jedną kartę twardą bezwzględnością na pokaz lub z przekonania, lub jak czynią prawdziwi złoczyńcy udają przyjaźń by zaatakować najmocniej, tych, których udało im się oszukać. Innej strony twarzy nie można odkryć, to byłby koniec prawa wstępu do piekieł."

Kolejna pozycja z bibliografii autorki po którą sięgnęła moja córka i którą przeczytała z marszu. Wiedziony ciekawością cóż może być to za literatura sam wziąłem książkę do ręki. Masakra. Koszmar. Umieranie, chaos, narkotyki, dno lub to co kryje się pod nim. Napisana jednak pięknie.


"Tutaj rycerze samotności i występku polowali na grzechy innych. Rankiem, kiedy wszyscy znikali jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, wychodziłam do ogrodu. Kwiaty milczały zastraszone nocnymi szeptami obłędu."


Ja czytałem "Dzieci z Dworca ZOO", córka czyta Rosiek. Jest ona zdecydowanie mocniejsza. Pomija opisy zdarzeń, ale ze swym ciałem się nie patyczkuje aż do obrzydzenia. Napewno lektura ta pomimo jednak optymistycznego końca nikogo do narkotyków nie namawia. Zdecydowanie zniechęca.
Ciężko mi było należycie przeżyć tą książkę. Nie do mnie ona była kierowana, a i ja inne cele miałem postawione. M.in. kim jest autorka. By nie popsuć sobie zabawy (fatalne określenie w odniesieniu do treści) nie szukałem informacji o niej. Wiem, że wciela się w kolejną postać. A może to wciąż ta sama. Możę prawdziwa, może wyimaginowana. Może to wykształcona pani psycholog lub psychiatra opisująca przypadki z którymi się zetknęła (czasem bardzo rzeczowe określenia fachowe lub obcojęzyczne). Może to pisarka zniżająca się do poziomu śp Marka Kotańskiego i patrząca na to przed czym normalnie odwracamy wzrok. Wciąż nie mam pewności. Mam jeszcze kilka innych jej książek. gdy stwierdzę, że wiem wtedy sprawdzę.

"W dzieciństwie zdążyłam poznać naturę morza. Jego bezmiar był w stanie przyjąć mój niepokój, podobny do falowania, nagłych sztormów i wyciszenia. Często pozostawiano mnie samą na dzikich, pustych plażach. Tam potrafiłam sobie wyobrazić, że wszyscy mnie kochają. Brakuje mi tlenu. To na razie problem nielicznych. Sądzę, że za sto lat podusi się większość ludzi. Chyba, że staną się istotami beztlenowymi."

ps Tobie nie polecam;(

czwartek, 18 czerwca 2009

William Gibson - Neuromancer

"Nie potrafił zaakceptować kierunku przemian, jaki zaplanowała dla rodziny. Zatwierdziła budowę dwóch sztucznych inteligencji. Była wizjonerką. Widziała nas w symbiotycznym związku z SI, które podejmowałyby decyzje w sprawach korporacji. Świadome decyzje, powinnam chyba zaznaczyć. Tessier-Ashpool stałby się nieśmiertelny jak ul; każdy z nas byłby elementem większej jaźni. Fascynujące. Pokażę ci jej taśmy; prawie tysiąc godzin. Właściwie nigdy jej nie rozumiałam, a po śmierci te plany runęły."

To kultowa książka dla gatunku cyberpunka. Teraz wiem, że zdecydowanie to nie jest moja literatura. Ugrzężłęm na tej lekturze męcząc ją do końca. Zupełnie mnie nie wciągnęła ani językiem ani treścią. Niczym. Kompletna nuda. Myślę, że to kierunek dla kina napchanego efektami, kina które będzie się starzeć szybciej niż domowe zwierzęta. Zresztą co tu się rozpisywać... zarzekać się nie będę, że nigdy więcej ale ostrożnie z dala o ile to możliwe...

"Pierwszego Moderna Case spotkał dwa dni po obejrzeniu informacji Hosaki. Moderni, uznał wtedy, są współczesną wersją Wielkich Uczonych z czasów, gdy on sam dobiegał dwu-dziestki. W Ciągu krążył rodzaj widmowego, nastoletniego DNA, coś przekazującego zako-dowane koncepcje rozmaitych, krótkotrwałych subkultur i replikującego się w nierównych odstępach czasu. Modernistyczne Pantery były nową odmianą Uczonych. Gdyby dawniej istniała odpowiednia technika, Wielcy Uczeni też mieliby gniazda wypchane mikrosoftami. Ważny był styl, a ten nie uległ zmianie. Moderni byli najemnikami, klownami, nihilistycznymi technofetyszystami.
Ten, który z pudłem dyskietek od Finna stanął pod drzwiami na poddasze, okazał się chłopakiem o delikatnym głosie i imieniu Angelo. Jego twarz była prostym przeszczepem hodowanym na kolagenie i polisacharydach z chrząstek rekina. Gładka i obrzydliwa, była najpotworniejszym egzemplarzem wybiórczej chirurgii, jaką Case w życiu widział. Kiedy Angelo uśmiechnął się, odsłaniając ostre jak igły kły jakiegoś dużego zwierzęcia, Case poczuł niemal ulgę. Przeszczep zawiązków zębowych - oglądał już takie rzeczy."


Czy czytanie tego może być przyjemne? Pewnie tak, ale nie dla mnie;(

niedziela, 14 czerwca 2009

Waldemar Łysiak - Malarstwo białego człowieka tom2

Tom pierwszy był świetny. Tom drugi ma prawdziwie gwiazdorską obsadę. Jest Leonardo, Goya, Bosch, Rafaello, Michelangelo Buonarrotti, Montegna i Botticelli. Iście galaktyczni malarze.
Wiele tu sam nie napiszę, więc tradycyjnie jak przy jego książkach garść cytatów...

"Wielki talent jest jak urok osobisty — jest rzadką cechą, z którą trzeba się narodzić. Mantegna nie miał uroku za grosz — był kawałem zimnego, szczwanego, odpychającego drania. Jego sztuka przynajmniej kilka razy zupełnie nie pasuje do jego charakteru. Ale czy do olimpijskiego wizerunku Alberta Einsteina pasuje fakt, że uwielbiał wulgarne dziwki (miłosny związek dusz miał gdzieś), a na co dzień był straszliwym brudasem, więc cuchnął? Lecz obaj, podobnie jak mnóstwo sukinsynów, dupków i niechlujów urodzili się wyposażeni w cudowny talent."

"Albo był kompletnym ignorantem (od kilkuset lat wszyscy twierdzą, Se malarstwo
Botticellego jest akurat bardzo „kobiece”), albo miał siódmy zmysł i wyczuł u kobiet Sandra wspomniany rys androgyniczny, cień homoseksualizmu (biseksualizmu?) autora, lub może został poinformowany o skłonnościach mistrza Botticellego. Botticelli był pedałem lub platonicznym biseksem, fizycznych stosunków z kobietami całe życie się wystrzegał, a małżeństwa bał się mocniej niż mąk piekielnych. Kiedyś przyśniło mu się, że postawiono go na ślubnym kobiercu. Gwałtownie rozbudzony, dostał takich dygotów z przerażenia, że już nie wlazł pod kołdrę, w obawie, iż ten straszny sen powróci (ja mu się nie dziwię, chociaż do pedalstwa mam tak blisko, jak do księżyca).
Wspomniany sen przydarzył mu się w domu rodziców, w którym Sandro mieszkał caluteńkie swoje życie, najpierw z rodzicami, a po ich śmierci z braćmi i kupą bratanków (bracia byli hetero i obłapianie dam lubili jak Pan Bóg przykazał).
"

i może jeszcze jeden zupełnie nie na temat;)))

"Kocham psy, a nie kocham właścicieli psów. Wszyscy (prawie wszyscy) właściciele psów demonstrują jedną cechę wspólną — uśmiech ludzi tolerancyjnych i dobrze wychowanych. Gdy ty gościsz w ich mieszkaniu, zezwolą — z tym właśnie ciepłym grymasem na wargach — by ich pies rozdarł lub zabrudził twoje ubranie, by cię pogryzł, podrapał, obsikał, oblizał lub pozbawił godności w jakiś inny sposób. Gdy przyprowadzą do ciebie swojego psa, zezwolą — wciąż z tym samym rozbrajającym uśmiechem arystokratów — by ich pupil dewastował twoją porcelanę, rysował twoje meble, obszczał twoją kanapę i twój dywan, ściągnął ze stołu twój talerz, a twemu wdzianku zrobił to samo, co już kiedyś zrobił w ich domu. Ten uśmiech brzmi najpiękniej, gdy surowo karcą swojego „pieseczka”: „Oh, F i f u l k u, jesteś wstrętny!” („okropny”, „niemożliwy”, „nieznośny”, itd.). Źrenice im wtedy błyszczą jak białogłowie wiszącej u szyi kochanka i grzmiącej słodkim szeptem: „Ty draniu!...”. Spróbuj się obruszyć, protestować czy choćby tylko martwić
rozdartą nogawką lub stłuczoną ceramiką — zarobisz infamię chama, prostaka, brutala, gbura, wroga zwierząt, prymitywa bez kindersztuby, nieledwie sadysty, i będziesz towarzysko spalony, jak ktoś, kto puszcza głośne bąki na przyjęciach lub publicznie
wali damy po pysku. Terror uprawiany przez właścicieli „Fifulków” tym się różni od terroru uprawianego przez bandytów i „rewolucjonistów”, że w konfrontacji z psiarzem nie masz żadnych szans na jednoczesną obronę dwóch wartości: swego czystego ubrania i swego dobrego imienia. Możesz tylko kupić sobie nowy dywan, jeśli nie lubisz zapachu moczu. Właściciele „Fifulków” przypominają mi rodzimych „europejczyków”,
wygłaszających faryzejskie dytyramby o „tolerancji” (ta teza bez wątpienia ściągnie na mnie przezwisko psiego antysemity)...
"